Żeby nie rozczarować córki porwałam się z motyką na słońce i postanowiłam uszyć takie same sukienki dla niej i dla lalki. No właśnie - dla jakiej lalki? Kiedy byłam mała dostałam od wujka przepiękną lalkę, jakiej nie widziałam nigdy wcześniej. Miała świecącą kokardę na głowie i piękne blond włosy. Lalka przetrwała, bo bawiłam się nią ostrożnie i z wielkim szacunkiem - domyślałam się, że kosztowała majątek i naprawę na nią bardzo uważałam. (No właśnie - z drogimi zabawkami nie ma porządnej zabawy, bo ciągle trzeba na nie chuchać i dmuchać). Przywiozłam tę lalkę z domu rodziców, pobrałam miarę z niej i z jednej z kiecek Karoliny i wybrałam się na zakupy do sklepu z tkaninami. Zakupiłam chyba metr tkaniny, trochę miękkiej koronki i pasujące nici, no i zabrałam się do szycia. Nie jestem zbyt dobrą krawcową, nie jestem w szyciu dokładna, spieszę się, nie mogę się doczekać efektu - stąd częste błędy, niedociągnięcia i krzywizny. Już na etapie robienia wykroju (odrysowywałam gotową sukienkę) klęłam jak szewc: "po cholerę ja to robię", "co mnie siekło do diabła" i takie tam inne, którymi lepiej się nie chwalić. Później było szycie i było jeszcze gorzej - chyba ze dwa razy rozpruwałam pół ciucha, bo się okazało, że zaszyłam nie tam gdzie trzeba. Kiedy zakończyłam bój z sukienką dla dziecka przyszła kolej na strój dla lalki - im coś mniejsze, tym gorzej się szyje. Moja mama była świadkiem tych moich krawieckich wyczynów i na koniec skwitowała po swojemu: "Dziecko ty się na drugi raz zastanów, czy chcesz się za takie coś zabierać". Pewnie się następnym razem nie zastanowię, bo tak już mam jak sobie coś umyślę, to nie ma na mnie mocnych.
Koniec końców powstały dwie sukienki i nawet kokarda dla lalki (oryginalna - różowa nie pasowała do materiału, który kupiłam). Karolina dostała zestaw na Dzień Dziecka i poszła zaprezentować siebie i lalkę w przedszkolu. Oczywiście wróciła dumna i blada:) Jak się domyślacie lalką bawiła się ze dwa razy - pewnie tak samo byłoby z tą za trzy stówy. Kieckę założyła kilka razy - szwy nie puściły;) Na przyszłe lato pewnie będzie za mała.
Całość kosztowała mnie 60 zł i pięć godzin pracy. Czy warto było tak się męczyć i wściekać? Warto! Choćby po to, by dziecko częściej pytało, "czy coś zrobimy?" niż, "czy coś kupimy?"
I żeby była jasność - nie mówię, że macie siadać do maszyny i szyć co tam sobie dzieciak umyśli, ale może jest coś innego co można zrobić, zamiast kupować? Ulepić, posklejać, a może poprosić o pomoc babcię, ciocię? Hmm?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz